Będąc nastolatką buntowałam się przeciwko rodzicom. Zastanawiałam się czemu "starzy" się mnie tak czepiają. Chcę iść na imprezę i słyszę: NIE. Na pytanie dlaczego była jedna odpowiedź: BO NIE. Ewentualnie: bo ja tak mówię.
Podobnych wariacji w naszych rozmowach było wiele. Jakby pytanie dlaczego powodowało jedyną odpowiedź zaczynającą się od: bo!
Buntowałam się bardzo. Z jednej strony doskonale wiedziałam co się kryje za tymi magicznymi słowami. Wiedziałam, że się martwią o mnie. Czekałam, aż usłyszę pełne zdanie: kochanie nie chcemy, żebyś szła na imprezę, bo nie znamy towarzystwa, boimy się, że może ci się coś stać.... prosty komunikat. Widać jednak nie dla wszystkich. Podobny problem ma wielu rodziców.
Dzisiaj sama jestem rodzicem. Mam 2 letnią córę i tygodniowego malca. W przypadku tego drugiego ciężko cokolwiek powiedzieć o wychowaniu, tutaj akurat jak na razie rządzą mechanizmy pozwalające przetrwać, a moją rolą jest karmić.
Jednakże w przypadku starszej mogę już co nieco powiedzieć. Jesteśmy dziwnymi rodzicami, nie bijemy, nie krzyczymy i nie wychowujemy bezstresowo. A jednak udało nam się. Udało nam się, bo mamy wspaniałą córę. Która owszem buntuje się, jak to przystało na dwu latka, ale jak w sklepie powiem jej spokojnie, że dzisiaj czegoś nie kupujemy i przyszłyśmy tylko po mleko, to nie rzuca się na podłogę z krzykiem.
Każde dziecko, zwłaszcza tak małe, ma naturalną potrzebę sprawdzania gdzie są granice i czy w ogóle one istnieją. Możemy za każde przewinienie karać dziecko klapsem, krzyczeć albo rozmawiać.
Owszem mała dostaje kary, adekwatne do wieku. Najczęściej kiedy jest bunt i próba zwrócenia na siebie uwagi płaczem, to jest odsyłana do swojego pokoju. Tam się wycisza i już sama po chwili przybiega się przytulić. Wtedy zaczyna się właściwa rozmowa. Tłumaczymy, że bardzo kochamy, że wspinanie się na parapet jest złe, ponieważ.... Tłumaczymy, rozmawiamy, komunikujemy i słuchamy. Konwersujemy.
Jedna scenka z życia wzięta (chociaż takich było bardzo wiele, ta ukazuje potęgę rozmowy i traktowania dziecka jak człowieka).
Będąc jeszcze w ciąży musiałam jechać na USG, pech chciał, że nie miałam z kim małej zostawić. Trudno, pojedzie ze mną. Wszak to tylko USG a nie pełne badanie ginekologiczne. Jeszcze przed wyjściem z domu wytłumaczyłam, ze jedziemy do lekarza zobaczyć jej braciszka, ze na plac zabaw pójdziemy później. Po drodze w tramwaju jeszcze raz jej przypomniałam gdzie jedziemy i po co. Opowiedziałam co lekarz będzie robił. Poprosiłam, żeby przez ten czas była grzeczna.
Weszłyśmy do gabinetu, lekarza przeprosiłam za dodatkowego gościa. Cóż miny zadowolonej nie miał i z lekkim przerażeniem w oczach patrzył na moją córę.
Na koniec wizyty dostałam pochwałę, ze takie wspaniałe dziecko mam. Córa przez cały czas siedziała grzecznie na krzesełku czytając książeczkę.
Może gdybym z nią wcześniej nie porozmawiała zachowywałaby się podobnie albo zupełnie odwrotnie. Nie wiem.
Wiem jedno. Najważniejsze to rozmawiać ze sobą. Słuchać drugiej strony a swoje racje przedstawiać tak aby nawet dwu latek je przyswoił.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz